Zanim poprosisz mnie o pomoc

3/21/2019 J. Szajba 0 Comments

Dzisiejszy tekst piszę z takim delikatnym przekąsem. Głównie dlatego, że jego tematyka jest dosyć specyficzna i domyślam się, że może być przez wielu źle odebrana. Także, jeśli masz zamiar to przeczytać, to weź kilka głębokich oddechów i pozwól mi przedstawić moje stanowisko w tej sprawie.



O tym, że chcę mieszkać za granicą wiedziałam od zawsze. Jestem osobą ciekawą świata, wszędzie mnie pełno i nie lubię siedzieć zbyt długo w jednym miejscu. Tuż po ukończeniu studiów (dosłownie, bo po w kilka dni po obronie siedziałam już w autokarze) zdecydowałam się wyjechać do Holandii. I choć na mojej drodze pojawiło się multum przeciwności, piszę ten tekst będąc tutaj nieprzerwanie od prawie dwóch lat.

Wyjeżdżając za granicę nastawiałam się na nadejście tzw. weryfikacji rzeczywistości. To znaczy momentu, w którym zdam sobie sprawę z tego, kto z tych wszystkich osób, które napotkałam w swoim dwudziestotrzyletnim życiu w Polsce, postanowi częścią tego życia pozostać. Mimo dzielących nas kilometrów. Nie spodziewałam się jednak tego, jak szybko ten moment nadejdzie.

W czerwcu stukną mi dwa lata od wyprowadzki, a prawdziwych znajomych, którzy odezwą się do mnie i zapytają jak mi się wiedzie w życiu zliczę na palcach jednej ręki. Tych, którzy szczerze ucieszą się z moich sukcesów jest o połowę mniej. Jakim cudem zatem, gdy przyjeżdżam na urlop do Polski, nagle tyle osób chciałoby porozmawiać o życiu w tej słynnej Holandii?

Jedną z cech, których szczerze nie znoszę w ludziach jest interesowność. Nie zrozumcie mnie źle, dbanie o swoje dobro jest jak najbardziej w cenie, ale dążenie do niego czyimś kosztem już niekoniecznie. Niejednokrotnie słyszałam od kogoś „no ale Asia, jakbym chciał przyjechać, to przecież pomożesz?". I w takim momencie zastanawiałam się: „no ale człowiek, czemu?". Czemu miałabym poświęcać swój czas (a niektórym chyba wydaje się, że organizowanie przeprowadzki do obcego kraju zajmuje dzień, góra dwa), wysiłek (znowu, niektórzy zapominają, że oprócz „pomocy” mam jeszcze swoje życie i pracę do wykonania) i przede wszystkim twarz (chcąc nie chcąc, pomagając komuś muszę wykorzystać wyprowacowany przeze mnie wizerunek, który pozwoliłby mi na znalezienie odpowiedniej dla tej osoby pracy). Czemu?

Niektórym wizja wyjazdu „na Zachód” kojarzy się z wygraniem losu na loterii. Od momentu przekroczenia granicy świat stoi przed nami otworem, oferty pracy same spływają, a miliony euro odkładają się na koncie. Potem przychodzi moment zderzenia z rzeczywistością i zrozumienia, że na swoją pozycję w tym miejscu trzeba sporo popracować, nie zawsze robiąc to, czego by się od życia oczekiwało. Przez ponad rok swojego pobytu w Holandii pracowałam w gastronomii. Bywały momenty, w których czułam się „za dobra” na tę robotę. Z czasem jednak zaczęłam dostrzegać, że praca z ludźmi jest dokładnie czymś, co chciałabym w swoim życiu robić i jeśli miałabym do tego dojść, sprzątając stoliki w chińskiej restauracji — czemu nie. Wielokrotnie na początku swojej przygody w Holandii słyszałam, że mam oderwaną od rzeczywistości wizję świata. Że chyba śnię, jeśli myślę, że po nawet roku uda mi się dostać dobrze płatną pracę. Cieszę się niezmiernie, że nigdy nie wzięłam sobie tych „mądrości” do serca. Po przepracowanych dziewięciu miesiącach zdążyłam dostać trzy podwyżki i objąć stanowisko asystenta menadżera. W kolejnej pracy zarabiałam prawie tyle, co ludzie na tych „poważnych, biurowych stanowiskach". Dzięki temu doświadczeniu, przelanym łzom, setce wymytych stołów, nieznośnym klientom zniżającym mnie do poziomu podłogi, tysiącach godzin spędzonych na usługiwaniu innym osobom udało mi się osiągnąć coś, co było poza moim zasięgiem, gdy przyjechałam tutaj dwa lata temu. Dostałam pracę w miejscu, w którym mogę się nieustannie rozwijać i ulepszać swój ciężko wypracowany wizerunek.

Także, zanim poprosisz mnie o pomoc, zastanów się głęboko, czy jesteś gotowy na zaczynanie od samiusieńkiego zera i masz odwagę być za tę przygodę później wdzięcznym.

0 komentarze: